Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

THE END - KONIEC - FIN

"Nadjeszła wiekopomna chwila."
Wuja zamyka sklepik. Blog założony po trosze z przymusu zaczął żyć swoim życiem. Przyzwyczaiłem się do niego, później polubiłem. Zmieniał się przez lata, i ja się zmieniałem. Przeszedł ze mną przez, bez dwóch zdań, najburzliwszy okres mojego życia. Więcej takich sobie nie życzę :)

NIE-OBIEKTYW-NIE stracił rację bytu. Mógłbym to ciągnąć, ale nam już nie po drodze. Nie mam sił, ni ochoty pieklić się z okazji zdobycia przez moich Rodaków kolejnych Himalajów absurdu, tupeciarstwa, tumiwisizmu, chamstwa, sąsiedzkiego sobiepankostwa i kołtuństwa. Absurd goni absurd, przekraczane są kolejne granice. To nie ma końca. Furda!

Znalazłem swoje miejsce na Ziemi. Po raz pierwszy w życiu jestem tego pewien. Tu mi dobrze, tu zostaję. Tutaj, gdzie zające, bażanty i sarny. Z cierpliwą, kochaną, wyrozumiałą Panią. Tutaj, gdzie budzisz się w nocy, patrzysz na księżyc i wiesz która jest godzina. Gdzie najłatwiej uświadomić sobie co istotne jest, a co wcale. Bez pośpiechu, zgodnie z odwiecznym rytmem Natury. Skupić się na sprawach najważniejszych pośród ważnych.


Ze swojego miejsca na Ziemi, żegna Was autor.

THE END



PS - Zdjęcia znalezione w trakcie porządków na twardym dysku.
W roli głównej pan, nazwijmy go M. Pan M. skądinąd znany animator kultury, do którego imprezy wzdychało już wielu prezydentów miast (kilku nawet jej liznęło). Pan ów wielce przejął się żałobą po przyziemieniu TU154M (tak, tak, zdjęcia już historyczne). Postanowił, jak mniemam dla uczczenia, performance uczynić. Najprzód głową zaciekle o blat stołu tłukł, później krzyżem na ziemi zległ. W samym środku ogródka piwnego.



Sprawa nie w tym, żeby nie chlać, tylko by chlać z głową. Człowiek z taką pozycją, majętnością i znajomościami chleje w biały dzień, w publicznym miejscu. Niepojęte. Mógłby to robić bez świadków. Zakrawa na brak instynktu samozachowawczego :)

DEFINITYWNY KONIEC

środa, 7 marca 2012

Wiosna jest tu

Z całą pewnością.Dźwięki z pola regularnej bitwy. Odlegle dudnienie artylerii dalekiego zasięgu. Dołączają do niego pojedyncze, suche trzaski karabinów. Co jakiś czas słychać krótszy/dłuższy terkot karabinu maszynowego. Raz po raz gruchnie pocisk moździerzowy. Czuć potęgę walczących sił. Przy każdym bliższym wybuchu, pod stopami stojącymi na lodzie czuć wstrząs. Pęcherzyki gazu zatopione w lodzie rozpierają skorupę, ryją wąwozy. Z dnia na dzień powierzchnia jeziora pokrywa się coraz gęstszą siecią pęknięć. Woda pracuje.
Coraz głośniejsze bum, bum, trach, traaaatatata, bum trach,trach.
Puszcza lód na jeziorze.
Nigdy nie słyszałem jak ono gada. Zazdroszczę tym nad rzeką :)

"Panie, coś w jeszcze nam nieznanych planach
Miał czarne diabły strzegące wybrzeży
Edenu, który przeznaczyłeś dla nas,
A w który nikt, prawdę mówiąc, nie wierzył!"
:P

poniedziałek, 5 marca 2012

Żałoba narodowa w Bolandzie

To nam najlepiej wychodzi. Ogłaszanie żałoby narodowej. Pewna reakcja po jakiejkolwiek tragedii. Bankowa. No i polowanie na winnych. Spuszczamy flagi, a prokuratorzy klecą akt oskarżenia. Zazwyczaj nie robi się nic, by w przyszłości zapobiec tragedii. Nie wprowadza się zmian, nie tworzy sensownych procedur, nie wprowadza się fundamentalnych, systemowych rozwiązań. Znaczy, wnioski pokontrolne są, ale przecież jesteśmy tacy zarobieni. Po jakimś czasie wszystko wraca do normy.

Zastanawia mnie klucz według którego ogłasza się żałobę narodową. Gdy grupa, niezbyt majętnych ludzi zginęła w dostawczaku, bo jechali żeby zarobić na chleb, żałobę ogłoszono w dwóch województwach. Gdy zderzyły się dwa pociąg ogłoszono żałobę narodową na terenie całego kraju. Zginęły o dwie osoby mniej. Rozumiem. Kluczem była ilość blachy pogiętej w zdarzeniu i tym, że pasażerowie byli z całego kraju.
Gdy umarł Wojtyła było mi przykro, gdy Kaczyński i jego crew przyziemili na plecach, było mi przykro. Gdy zawaliła się hala na Śląsku ilość ofiar przytłaczała. Błagam. nie za każdym razem, gdy górników przysypie, pielgrzymów zabije, czy ułańska fantazja wojskowych sprowadza na nich zagładę. Dawka czyni lekarstwo. Z poszanowaniem tragedii rodzin ofiar. Polska nie może ciągle płakać po ofiarach. Nie po raz kolejny.

Co ciekawe nie ogłaszano żałoby, gdy ofiar było poniżej 20. Nie licząc wojskowych. Mundurowi w tym kraju mają inny przelicznik.
Idźmy za ciosem. Ogłaszajmy żałobę po każdym pijanym weekendzie na drogach.


Poza tym jest pięknie.

Gęsi lezące w wielkich kluczach, głośno, wszem i wobec obwieszczają swój powrót. Kopytne śmigają rankiem przez drogę. Z lewej na prawą, z prawej na lewą. Bażanty podchodzą pod płot. Codzienne 8km spaceru daje radość. Słońce grzeje w plecy. przed twarzą księżyc. Łysy w ciągu doby obchodzi chatkę prawie dookoła :) Wiosna idzie wielkimi krokami. Niektórzy mówią, że przyjedzie na białym koniu :) Na dniach tydzień Jarowita i Jare święto. Potem już tylko Sobótka, Mokoszy, Dziady i zima :D
Od 16tu lat nie miałem takiej radochy w obcowaniu z Naturą.

wtorek, 28 lutego 2012

Doktorzyca ministra Asia Mucha

"- Preferuję "pani ministro", jeżeli można poprosić - odpowiedziała Tomaszowi Lisowi Joanna Mucha na pytanie, jak powinno się do niej zwracać."

Ni mniej, nie więcej, jeno "kury Wam szczać prowadzać".
Od dawna obserwuję to, co tzw. feministki robią z językiem. Choćby psycholożka - mi osobiście kojarzy się ze wściekłą lochą. Pilotka - taka czapka?
Takich koszmarków językowych pojawia się coraz więcej. Czekam na "kierowczynię" i "kapitankę", "motorniczkę" lub "motorniczynię".
Oślepieni wewnętrznym przymusem osiągnięcia celu, wystawiamy się na śmieszność.

PS - Niedługo zamiast do ojczyzny będziemy wracać do "matczyzyny" :/

niedziela, 26 lutego 2012

Radość w domu Gucia :))))))))))))))))))))))

Od życia nam się nic nie należy. Tyle posmakujesz, ile wyrwiesz. Wyrywam odrobinę. Zazwyczaj za swoje :D Trzeba sobie robić prezenty. Zbyt długo się wstrzymywałem. Obok pudełka "Suplement", pojawiło się pudełko "Syn marnotrawny". Hell yeah!!!

"Jestem młody, nie mam nic i mieć nie będę.
Wokół wszyscy na wyścigi się bogacą,
Są i tacy, którym płacą nie wiem za co,
Ale cieszą się szacunkiem i urzędem,
Bo czas możliwości wszelakich ostatnio nam nastał..."

"Do ciała mi przywarła,
Przeszkadza żyć i spać,
A tłum się cieszy z karła,
Co chce giganta grać."

"Lecz nawet gdy mnie diabli wezmą
Poświadczy świętych figur rząd,
Że jeden garbus karku nie zgiął
Wśród upodlonych klątw."

"Zawodzi przed bałwanem
Półślepy kapłan – łgarz
I każdym nowym zdaniem
Hartuje pancerz nasz."

"Choć tyle wiemy własnym doświadczeniem:
W nas jest Raj, Piekło -
I do obu - szlaki."

Jakby napitek, który Zagłoba sączył, nie dla chamów ;)
Wysycone.

Kabotyn, pomyślisz. Myśl co chcesz. Chcesz coś powiedzieć, come to papa :P

PS - Was to nawet nie wzrusza, Wyście dawno wybrali,
Sen o wierzbie płaczącej sczezł.

PS2 - Tyle, że się chłopa do grobu odprowadziło. Z satysfakcją konstatując obecność auta na blachach CT, z naklejką kreski.org :)

środa, 27 kwietnia 2011

Polska służba zdrowia

Ciało odmówiło posłuszeństwa. Trzeba przetransportować świątynię ducha do lekarza. Robię to rzadko i niechętnie. Z wielu przyczyn.
Może dlatego:
Szpital Czerniakowski. Dwa tygodnie po śmierci pacjentki zmieniono dokumentację medyczną
Czy prokuratura postawi zarzuty byłej dyrekcji szpitala ? Radio ZET dotarło do kluczowego dowodu w sprawie ubiegłorocznej śmierci pacjentki, która cztery dni czekała na opis zdjęć z tomografu komputerowego.
Chodzi o opinię biegłego, który przebadał dyski szpitalnych komputerów. Ekspert prokuratury stwierdza, że dokumentacja medyczna była wielokrotnie zmieniana i nie chodzi tylko o wersje robocze opisów badań. Modyfikowane były także opisy końcowe i to trzykrotnie.
To co bulwersuje najbardziej, to fakt, że dokumentację pacjentki zmieniano dwa tygodnie po jej śmierci i to już po tym, jak prokuratura wszczęła śledztwo. Prawnicy rodziny kobiety nie mają wątpliwości - w szpitalu zacierano ślady. Adwokaci podpierają się opinią Krajowego Konsultanta do spraw Neurologii napisaną dla Mazowieckiego Oddziału NFZ. Profesor Danuta Ryglewicz pisze wprost, że dokonanie zmian po śmierci pacjentki to oczywiste fałszowanie dokumentów.
Ciąg zaniedbań i błędów wykazał również Krajowy Konsultant do spraw Anestezjologii, który skontrolował, jak Szpital Czerniakowski w Warszawie zajmował się pacjentem. O wnioskach pokontrolnych dotyczących oddziału intensywnej terapii napisała "Gazeta Wyborcza".
Prokuratura przesłuchała już kilkudziesięciu lekarzy. Na sam koniec pozostawiła sobie dyrekcję szpitala. Jest wielce prawdopodobne, że w tej sprawie śledczy postawią zarzuty.
Ewa Trautman zmarła , bo był piątek po południu a w Szpitalu Czerniakowskim nie było radiologa, choć powinien być na stałe. Kontrolerzy NFZ wykryli w placówce wiele nieprawidłowości. Zwolniono dyrekcję a szpital zapłacił wysoką karę i ma zakaz leczenia pacjentów z udarami.
Za gazeta.pl

Wszyscy wiecie, że to wierzchołek góry lodowej.

Może dlatego:
- Sam nie muszę montować kasy, ale uważam, że to nie najlepszy pomysł - ocenia dr Michał Kułakowski, toruński ortopeda. - To zrównuje lekarzy ze sprzedawcami ziemniaków. Również gazeta.pl
Dziękować bogu mam innego ortopedę. Wierzę (naiwnie), że mniej aroganckiego. Dla jasności nie przez NFZ.

Siedząc w poczekalni (do której zawlokłem swe zbolałe cielsko) miałem nieprzyjemność usłyszeć monolog pana doktora (a może pana lekarza, wszak tytułu doktorskiego pewnie nie zdobył) o tym jak to źli policjanci (o których także mam wyrobione zdanie) mieli czelność ustrzelić go za prędkość. Oczywiście tysiące wyjaśnień, jak to czatowali, jacy byli niemili, i w ogóle jak mogli. Większość normalnych ludzi w takiej sytuacji ukorzy się, przeprosi i poprosi o wyrozumiałość. Pan lekarz, a słychać go było wyraźnie, nie miał w sobie odrobiny skruchy. Przecież to wina "misiaków", że stali w terenie zabudowanym.
Furda!
Panowie którzy go dupnęliście uważajcie. Wyraźnie słyszałem, że gdy spotka Was na Izbie Przyjęć dłuuugo Was przetrzyma. Nie chcecie wiedzieć jaka spotka Was pomoc.
A ja głupi prostak bez szkoły wzdragam się przed używaniem "prasówki".
W jakimkolwiek prywatnym celu.
Nie powinienem.
Wszak ci "mądrzejsi" nie mają zahamowań.
Skłamałem.
Użyłem "prasówki", żeby przekonać panią z rejestracji, że jestem zatrudniony, ubezpieczony i nie chcę wyłudzić świadczenia zdrowotnego.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Halo, to mówię ja

Mój były szef wymagał od nas, aby po odebraniu telefonu w firmie przedstawiać się imieniem i nazwiskiem, firmą, i grzecznie pytać w czym można pomóc. Wówczas, z mojego punktu widzenia bzdura, bo czego czytelnik może chcieć od działu foto? Tak więc przedstawiałem się jako "dział foto", i w 99% przypadków od razu przekierowywałem do pismaka. To z nim ludzie chcą rozmawiać, a nie z jakimś tam fotoreporterem. Ten 1 % to byli inni foto :) Natomiast co do zasady nie mam zastrzeżeń. Koncepcja zacna. Ot kindersztuba. Stosuję ją z powodzeniem dziś.

Teraz sam muszę wisieć na telefonie i wydzwaniać. Do urzędów, do wójtów i gmin. Jest tragedia. Dzwoniąc do urzędu chcę wiedzieć z kim rozmawiam. Niestety inaczej widzą to urzędnicy i sekretarki. NIKT, dosłownie NIKT, przez te wiele miesięcy nie przedstawił mi się z imienia i nazwiska. Zazwyczaj rozmawiam z urzędem, albo z sekretariatem. To jest moc. Człowiek czuje się taki malutki gdy przez słuchawkę mówi do niego urząd gminy :)))) Konsternacja, gdy pytam się o personalia - bezcenna. Tak więc moi drodzy, szczególnie ci biorący publiczną kasę, przestańcie chować się za urzędową anonimowością. Przypominam, o czym pewnie często zapominacie - to Wy jesteście dla Nas. Wy dla społeczeństwa, nie odwrotnie. Gwoli ścisłości petent to nie ktoś kogo spuszczamy na drzewo. Etymologia słowa od łacińskiego petens, czyli prosić, żądać, wymagać. Żądać/wymagać, paniatno?

wtorek, 1 lutego 2011

Przepaść polsko-czeska

Jest wiele powodów dla których uważam Czechów za wzór zdrowego rozsądku, poczucia humoru, przedsiębiorczości itd., itp. Długo by wymieniać. Następny argument trafił do mnie niedawno. Co robi Polak, gdy zapruszy głowę w knajpie, a na imprezę wybrał się samochodem? Jedzie autem do domu po pijaku, zrzuca się ze znajomymi na taksówkę, albo jedzie sam, i z własnej kieszeni pokrywa rachunek, co kończy się domową dziurą budżetową, jeśli mieszka np. w podtoruńskiej Pigży. Nasi południowi sąsiedzi znaleźli rozwiązanie nierozwiązywalnego. Dzwonisz pijany z knajpy i prosisz o taksówkę z dwoma kierowcami. Jeden wiezie Ciebie, drugi prowadzi Twoje autko. Za całą przyjemność płacisz mniej niż za normalny kurs. Rządzący umożliwiają Ci rozsądne wyjście z sytuacji dopłacając firmom taksówkarskim do takich kursów. Szok, nieprawdaż? Nie do pomyślenia w prywislanskim kraju. W Polsce dalej króluje mentalność rodem z komuny, może nawet zaborów. Represyjne podejście do obywatela, którego trzeba karać, lać, gnębić, żeby nie przyszła mu ochota podnieść głowy znad koryta i spojrzeć w niebo.

środa, 26 stycznia 2011

Śmierć dwulatki

Zawsze w takiej sytuacji w tyle głowy jest myśl. A jeśli to wszystko nieprawda. A jeśli tylko dlatego, że raz (w sposób obrzydliwy a okrutny) powinęła mu się noga nikt nie pomyśli, by dać wiarę jego słowom. A jeśli wydzierająca się i grożąca mu śmiercią tłuszcza wydała wyrok na niewinnego człowieka? Perspektywa takiego życia budzi prawdziwe przerażenie.
I kto tutaj jest tłuszczą?


PS - Jak zawsze przy typowych hardcore`ach zostają zgliszcza. Psychicznie zmiażdżeni ludzie. Mecz z samymi przegranymi.

:(

wtorek, 28 grudnia 2010

Akcja charytatywna

Gdzie nie spojrzę widzę dobrych ludzi którzy chcą komuś pomóc. Kup butelkę wody, a pomożesz zbudować studnie dla potrzebujących. Pieniądze zebrane na tym balu zostaną przekazane głodującym dzieciom. Kupno tej świeczki wspomoże nasze dzieło pomocy ubogim. Oni wszyscy angażują swój czas i umiejętności, żeby uczynić świat choć odrobinę lepszym. Skoro tyle robią, czy ja mogę być gorszy? Przecież nie żądają ode mnie wiele. Kilka złotych zaledwie, myślimy. I co robimy? Chwytamy za portfel, aby poprawić swoje samopoczucie. Poczuć się lepszymi. Wsłuchanymi w głos cierpiących. Bardzo dobrze. Znaczy się uczuciowość wyższa jest. Niestety mało kto zadaje sobie pytanie na które i tak, niczym od rzecznika korporacji, nie otrzyma wyczerpującej odpowiedzi. Jaki procent z tych pieniędzy trafi do potrzebujących? W znakomitej większości przypadków uczciwą odpowiedzią będzie... ułamek.
Wyśmienity przykład to szeroko rozumiana pomoc humanitarna. Znajomy pracujący na placówkach, w krajach Trzeciego Świata opowiadał jak to wygląda od środka. 80% środków finansowych przekazywanych przez donatorów ostatecznie trafia do centrali. Gdziekolwiek by się nie mieściła, w Anglii, Francji czy Czechach. Przecież trzeba z czegoś wypłacić pensje pracownikom, utrzymać biuro zapewnić łączność, etc. Salę na bal charytatywny opłacić, a stearyny na świece też nie da nikt za darmo. Sposób w jaki wydawane są pieniądze, bez względu na to czy jest to Afganistan, czy Sudan, to temat na inne rozległe opowiadanie. Trzeba Wam wiedzieć, że charytatywność to doskonały i wielce dochodowy interes. Sprzedawanie dobrego samopoczucia? Bezcenne. Czy nie lepiej zatem zrobić tak jak niektórzy spośród nas? Pójść do MOPS, czy MOPR, spytać o namiary i potrzeby. Dokonać rozeznania poprzez rozpytanie, tak by pewnie powiedział policjant :) Kupić karton, wypełnić go wszelakimi dobrami i zanieść/wysłać potrzebującym. Będziesz mieć pewność co się stało z Twoimi pieniędzmi ;) Na pohybel pośrednikom.

Oczywiście jest kilka organizacji, które nie pompują kosztów i kierują się ideami, ale głupi nie jesteście i wiecie, że są w znakomitej mniejszości.

piątek, 3 grudnia 2010

O. Tadeusz Rydzyk i jego historia

Wczoraj Radio Maryja obchodziło swoje 19-te urodziny. Franz Maurer powiedziałby, że z tego radia to już stara dupa jest.

Zjechały autokary, na antenie TV Trwam "lajfowali" zakonnicy, którzy z werwą i zacięciem reporterów TVN24 pozwalali zaistnieć miłośnikom rozgłośni. Przez 12 lat, rok w rok musiałem, niezaproszony, pojawiać się na tych urodzinach. Słuchać wyzwisk, dać się szarpać, marznąć, biegać za limuzynami dygnitarzy, wciskać się do kościoła, przebierać się, przemykać, ukrywać. Kilka lat temu moja ex-firma, zniesmaczona brakiem świetnych fotografii z eventu, przysłała na urodziny Krzysztofa Millera. Fotoreporter o wielkim doświadczeniu zawodowym, który niejedną wojnę widział, poległ na prostym, z warszawskiego pkt-u widzenia, prowincjonalnym temacie. Na głównym grzbiecie poszły oczywiście jego foty, choć wcale nie były lepsze od zrobionych przez Wojcieszka, ale na układy nie ma rady :)

Wszystko to, jako żywo, stanęło mi przed oczyma, gdy w drodze na zakupy, skręciłem w Żwirki i Wigury. Wściekły, że droga zablokowana, że stoi tam jakiś policjant, już miałem dać upust złości waląc w kierownicę, gdy doznałem olśnienia. To ten dzień! Na moją wykrzywioną grymasem wściekłości gębę momentalnie spłynął uśmiech. Tak! Tak! Tak! Klątwa 4 grudnia została zdjęta! Po raz pierwszy od 12 lat nie muszę tam być! Marznąć, sterczeć, wystawiać się "na strzał". Nie dotyka mnie to, nie interesuje, nie zajmuje czasu! W zasadzie zupełnie o tym zapomniałem. Mogę jak normalny człowiek jechać po zakupy.
Gloria in excelsis Deo! :D

Zamykam ten etap. Słowem więcej, na blogu, o Rydzyku się nie zająknę. Aby utwierdzić siebie i Was o słuszności mojej decyzji, wklejam kilka, wyszukanych w sieci, informacji na temat tego pana. Poniżej historia Wielkiego Katabasa Zakonu Redemptorystów, Udzielnego Władcy Fal Eteru, Nieustraszonego Pogromcy Żydów.

"Urodził się w Olkuszu jako owoc nieformalnego związku - nazwisko nosi po matce.W roku 1986 uśmiecha się do niego fortuna. Przez macierzysty zakon zostaje wysłany na placówkę misyjną do Niemiec. W miasteczku Balderschwang styka się z katolicka rozgłośnią radiową. Działalność `Radia Maria International' robi na nim wielkie wrażenie. Pozytywne, bo jest skrajnie ksenofobiczne i nietolerancyjne. A poza tym miesza się w politykę. I tę lokalną, i narodową. Powoduje to ostra reakcję władz (także kościelnych), co doprowadza do karnego zamknięcia rozgłośni. I otwarcia pewnej klapki w mózgu redemptorysty. Już wie, co będzie robił i to na dużo lepszym gruncie. Już ma cel w życiu. Tylko pieniędzy nie ma na spełnienie marzeń. Ale to nie problem dla człowieka o jego pomyślunku. Bez mała za dnia na dzień uruchamia biznes polegający na sprowadzaniu do Polski niemieckich samochodów (darowizny) z przeznaczeniem na cele kultu religijnego. Kilka lat później bydgoska prokuratura wszczyna dwa śledztwa w tej sprawie. Jedno dotyczy fałszerstw darowizn (dokumenty wystawiał niemiecki klasztor, który gościł Rydzyka), drugie - kwestii nieuiszczania opłat celnych. Redemptoryście zaczyna się palić grunt pod nogami, ale skrajna prawica nie daje mu zrobić krzywdy, bo Rydzykowi urosły już plecy. Oba postępowania zostają umorzone, a prokuratorzy w uzasadnieniu piszą, że nie dopatrzyli się znamion czynu zabronionego. Gdyby jednak ktoś chciał wrócić do sprawy i przejrzeć sfałszowane dokumenty, to już nigdy tego nie zrobi, bo kilkanaście kilogramów kwitów ginie bezpowrotnie w niewyjaśnionych okolicznościach. W tym samym czasie siedemnastoletni chłopiec zostaje skazany na trzy miesiące więzienia za sfałszowanie pieczątki na szkolnej legitymacji. No tak, ale ów młodzian to nie Rydzyk. Nawet nie ma na imię Tadeusz.

Mamy rok 1991. Redemptorysta zakłada kalkę swojej niemieckiej fascynacji, czyli Radio Maryja. W dokumentach założycielskich przedstawionych Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji figuruje zapis niebywały. Otóż redemptorysta ustanawia sam siebie jednoosobowym organem nadzorczym, zarządzającym - UWAGA! - kontrolnym. Czegoś podobnego KRRiT nie powinna nigdy zatwierdzić. A zatwierdza bez mrugnięcia oka! Godzi się też na taki handel: w zamian za rezygnację z reklam, oczywiście czysto teoretyczną, zmniejszona zostaje o 80 procent ogólnopolska opłata koncesyjna. Czyli na starcie, nowy, samozwańczy dyrektor stacji dostaje w prezencie ponad 6 milionów złotych. 117 lokalnych koncesji na częstotliwości (Krajowa Rada przyznaje je redemptoryście hurtowo) złożonych do kupy pokrywa niemal 90 procent powierzchni kraju.

RM zaczyna nadawać i już na wstępie zdobywa milion słuchaczy. Głównie wiejskich, powyżej 60 roku życia. Zaczyna jednak - jak się wydaje - brakować pieniędzy, więc Rydzyk sprowadza z Niemiec dwa luksusowe mercedesy, jakoby podarowane stacji, które zostają sprzedane na pniu. Oba, znów jako przedmioty kultu, są zwolnione od cła i podatku. `Dokumenty na auta są fałszywe' - informują prokuraturę celnicy. Ta wszczyna śledztwo i... - tak jak poprzednio - zaraz je umarza `ze względu na niestwierdzenie zaistnienia czynu zabronionego'. Kolejne śledztwo dotyczy wywożenia z kraju, bez stosownego zezwolenia, ogromnych sum pieniędzy (w gotówce! W torbach i walizkach!), ale śledczy nadal jakoś tracą zapał i serce do drążenia tematu, który ginie gdzieś w przepastnych szafach prokuratury.

W roku 1996 o Radiu Maryja robi się naprawdę głośno. Oto Tadeusz Rydzyk namawia słuchaczy Radia Maryja do golenia głów (dosłownie) tym posłom, którzy głosowali lub w przyszłości będą głosować nad liberalizacją ustawy antyaborcyjnej. `Tak samo jak golono głowy hitlerowcom!' - krzyczy redemptorysta.
Tego wydaje się za dużo nawet dla niektórych politycznych opiekunów Radia. Toruńska prokuratura wszczyna śledztwo z urzędu, stawiając Rydzykowi zarzut lżenia naczelnych organów państwa i namawiania do przemocy, czyli do przestępstwa. Dyrektor dostaje sześć kolejnych wezwań na przesłuchanie. I co? I w swojej sztandarowej audycji `Rozmowy niedokończone' kpi w żywe oczy z tych `nędznych usiłowań', no i ani razu nie stawia się w prokuraturze. Wobec tego przed bramą RM pojawia się policja z nakazem doprowadzenia redemptorysty. Ten jednak ma swoich ludzi w organach ścigania i uprzedzony kilka dni wcześniej o akcji organizuje odsiecz. Policjanci zderzają się z tłumem kilkuset rozmodlonych słuchaczek (zwiezionych do Torunia autokarami z całej Polski) oraz kilkudziesięcioma najbardziej znanymi i gniewnymi aktywistami Narodowego odrodzenia Polski i Młodzieży Wszechpolskiej. Obrońcy Rydzyka śpiewają religijne pieśni, w rękach trzymają podobizny papieża i obrazy Matki Boskiej. Atak na zakonnika jest atakiem na `największe świętości'.
Pod nakazem widnieje podpis jednej z toruńskich prokuratorek, więc z tłumu padają propozycje, aby powiesić kobietę na latarni (jeszcze długo później na adres domowy pani prokurator będą przychodzić listy z pogróżkami i życzeniami śmierci).
Policja jest bezradna i odstępuje od planowanych czynności. Niedługo później toruńska prokuratura umarza śledztwo ze względu na (nie zgadniecie)... na `znikomą szkodliwość społeczną czynu'.
Cóż, prokuratorzy wiedzą, co robią, bo teraz Rydzyk to już nie jest ten sam Rydzyk co kiedyś. Radio Maryja dzień i noc promuje 30 kandydatów na posłów i wszystkich 30 wprowadza z list AWS. W ten sposób radiowy guru staje się quasi - przywódcą partii z całkiem liczna reprezentacją parlamentarną. Czyżby zakonnik miał ambicje polityczne? Chodzi raczej o coś innego.

Oto w tym samym czasie (1997 rok) Tadeusz Rydzyk rozpoczyna słynną zbiórkę pieniędzy `na ratowanie stoczni'. Bez zezwoleń. Bez kontroli. Bez potrzeby rozliczenia się. Z anteny RM co kilkanaście minut nadawane są błagalne apele odwołujące się do patriotyzmu, do polskości i do Zawsze Dziewicy, więc do Torunia płynie rzeka pieniędzy. Z Polski i z zagranicy. Szacuje się, że do rozgłośni wpływa kilkadziesiąt milionów dolarów i półtora miliona świadectw udziałowych NFI wartych 120 milionów złotych.
Takie pieniądze rzeczywiście uratowałyby upadające stocznie, więc ich związkowcy (w tym `S') ze łzami wdzięczności dziękują Rydzykowi i... nieśmiało proszą o przekazanie środków. `Nie dam wam, bo byście wszystko przeżarli' odpowiada osłupiałym stoczniowcom `dobroczyńca'.

Co ciekawe majątek zgromadzony przez Tadeusza Rydzyka nie jest własnością Polski i Polaków, lecz Rady Generalnej Zgromadzenia Redemptorystów-Rzym-Watykan /Prowincja Warszawska/, w tym kompleks Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej Toruń. Przełożonym Rady Redemptorystów i de facto prawnym właścicielem Radia Maryja, Telewizji TRWAM oraz WSKSiM jest O.Joseph Tobin, rezydujący w Rzymie. Na początku stycznia 2007 r zgromadzenie w Polsce liczyło 5453 członków w 86 prowincjach.

Nikt, żadna kontrola, żaden NIK, żaden Urząd Kontroli Skarbowej nie pojawia się w Toruniu po tym niebywałym w skali światowej przekręcie. Ale przecież pojawić się nie ma prawa, skoro u władzy są ludzie ojca dyrektora, których kariera może prysnąć jak bańka mydlana po jednej nieprzychylnej radiowej audycji. Nie ma chętnych do poniesienia ryzyka.
Tymczasem ogromne pieniądze mają posłużyć zbudowaniu imperium Rydzyka. Już nie jakiejś tam jednej rozgłośni, lecz prawdziwej potęgi medialnej. Powstaje finansowa odnoga koncernu o nazwie Lux Veritatis. Działalność rozpoczyna `Nasz Dziennik', a wkrótce - telewizja `Trwam' (największe studio telewizyjne w Polsce). No i oczko w głowie zakonnika - Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej.
Jednak jest ktoś, kto nie godzi się z zawłaszczeniem przez RM i jej dyrektora pieniędzy na ratowanie stoczni. 15 września 2000 r. Bolesław Hutyra (wraz z dwoma kolegami ze Stowarzyszenia Obrońców Stoczni) jedzie na umówioną rozmowę z ministrem skarbu państwa. Temat rozmowy: co się stało z pieniędzmi z ogólnopolskiej zbiórki Rydzyka i jak je odzyskać.
Około godziny 7.30 ich opel calibra uderza na prostym odcinku drogi (w okolicach miejscowości Powierż koło Nidzicy) w wielką maszynę do zrywania asfaltu. Pogoda jest idealna, a drogowy kombajn z daleka widoczny. Śledztwo nie wykazuje śladów hamowania. Przy denatach policjanci nie znajdują żadnych dokumentów (identyfikacja zwłok trwa kilka dni). Nie ma kwitów - ani osobistych, ani takich, które mogłyby pomóc w trakcie dyskusji z ministrem. Ot, panowie jechali z pustymi rękami, bez dowodów osobistych, bez legitymacji, bez praw jazdy i dowodu rejestracyjnego pojazdu... Co więcej, nie ma żadnego świadka wydarzenia. Jedna z najbardziej ruchliwych dróg w Polsce jest akurat (przypadkowo?) pusta. Są osoby, które do dziś twierdzą, że ruch na trasie został wiele minut wcześniej wstrzymany, aby...
W każdym razie już nikt więcej nie kwestionuje prawa Rydzyka do zebranych pieniędzy. Nie ma też odważnych, by wyjaśnić tajemniczą, potrójną śmierć na szosie. Śledztwo zostaje umorzone `ze względu na niestwierdzenie...'. To już niemal mantra, nieprawdaż?

W roku 2001 Rydzyk umacnia swoją pozycję polityczną, tworząc od podstaw Ligę Polskich Rodzin. Reklamując ją wszystkimi siłami swoich mediów, wprowadza do Sejmu 38 posłów. To już nie są przelewki. Jakby tych sukcesów było mało, pełną parą rusza wspomniana wcześniej uczelnia redemptorysty, by kształcić posłuszne dyrektorowi pokolenia przyszłych dziennikarzy.
Pieniądze płyną strumieniami. Telewizja `Trwam' zarabia z reklam kilkadziesiąt milionów rocznie. Dekodery telewizyjne wciskane moherowym babciom dają kolejne miliony. Krocie zarabia też `Nasz Dziennik'. Tymczasem łączny koszt działalności Rydzykowych podmiotów (szacunkowy, bo sprawozdań finansowych brak) zamyka się kwotą 22 miliony złotych rocznie.
Za spokój ze strony wścibskiego fiskusa Rydzyk umie się odwdzięczyć. W 2005 roku rzuca wszystkie siły swoich mediów z poparciem dla Kaczyńskiego. I znów się udaje! Głosami głównie wiejskiego elektoratu bliźniak zostaje prezydentem RP. Europa przeciera oczy ze zdumienia. Zdziwi się jeszcze bardziej, gdy redemptorysta wyciągnie jedną rękę po fundusze z Unii (16, 5 miliona euro), a jednocześnie z jasnogórskich murów będzie głosił takie oto słowa: `Państwo polskie składa swoje najlepsze dzieci na pożarcie molochowi Unii Europejskiej w mglistej nadziei, że ci, co nie zostaną zmiażdżeni stalowymi kłami europejskich norm, zapewnią sobie dobrobyt i opiekę pod skrzydłami nieobliczalnego, nowego neopogańskiego bóstwa, którego sanktuarium socjaldemokraci wszystkich stolic budują w Brukseli'.
Nachodzą lata 2007 - 2008, a z nimi wojna redemptorysty o kolejne wielkie pieniądze. Tym razem na odwierty geotermalne. Niestety (dla nas na szczęście), dziesiątki milionów złotych (już przyznanych) odpływają z upadkiem rządu Kaczyńskiego. Tego się Rydzyk nie spodziewał. Ale szybko się otrząsnął z chwilowej porażki i wynalazł `rydzykofon'. I znów tysiące naiwnych, rozmodlonych wyznawców sięgają do portfeli, by kupić swój pierwszy w życiu, kompletnie zbędny telefon komórkowy. Zbędny? Jak dla kogo. Teraz ofiary zakonnika będą mogły ofiary słać pieniężne w postaci SMS - ów (4 złote + VAT) nawet dwa razy dziennie.
Czy wraz z nastaniem rządów tuskowców Rydzykowi coś się złego stało? Czy chociaż jakiś niepokój go dopadł? A gdzie tam! Nadal podmioty imperium Rydzyka nie płacą podatków, nie składają sprawozdań finansowych, nie są kontrolowane. Są państwem a państwie. Kompletnie bezkarnym.

Są tacy, którzy żartują, że sam Stwórca woli nie zadzierać z ojcem dyrektorem. Bo jeszcze zostanie ekskomunikowany. Albo marnie skończy gdzieś na drodze Gdańsk - Warszawa w okolicy miejscowości Powierż koło Nidzicy..."

Państwo prawa, skóra cierpnie na karku :/

I troszkę o samym zakonie. Jego patronem jest św. Alfons. Zakon redemptorystów pojawił się w Polsce w 1789 roku. Pod zarzutem szpiegostwa zostali wydaleni z Polski, i zdelegalizowani w 1808 roku. Jako jedyni mogli bez przeszkód działać w byłym ZSRR, i jako jedyni byli wspierani materialnie przez sowieckie rządy. Po upadku komunizmu Rosja przekazała ojcu Tadeuszowi częstotliwości i nadajniki na swoim terenie.

No! I na tym koniec o ojcu Grzybie.

wtorek, 9 listopada 2010

Чайковский - Czajkowski - Tshaykovski

Mogę się powtórzyć, mogło być wcześniej. Gryzie, więc wracam.
Transkrypcja, takie mądre słowo ;)

Jedna z wielu oficjalnych imprez. Przyjeżdżają goście z Rosji. Ważni goście. Na każdej winietce, stojącej na stole, widzę rosyjskie nazwiska. Wszystkie pisane z angielska. Znajomy pracujący przy imprezce powiedział, że tak dostał z MSZ.

Angielski oficjalnym językiem dyplomacji?
Polski gorzej oddaje niuanse języka rosyjskiego niż angielski?
Rosjanie lepiej znają transkrypcję angielską niż polską?
Ostatnie może być :/
Ale przecież kurica nie ptica, Polsza nie zagranica, więc czy aby na pewno?

Wkrótce w domu

W fioletowym anoraku mam dwie warstwy. Akceptowaną i pożądaną, pożyteczną i użyteczną. Sucho dzięki drugiej. Całość z serca.

środa, 3 listopada 2010

Polityczna poprawność

posunięta do granic absurdu. Gdzieś, kiedyś czytałem o wydanej w USA wersji Biblii, w której Bóg był określany formą Pan/Pani. Bez zakładania czy jest mężczyzną lub kobietą. Ok. To był jakiś margines "genderystycznego" ekstremizmu. Furda. Zaskoczyło mnie natomiast słówko "spokesperson", które zobaczyłem pod jakąś panią, która komuś tam rzecznikowała. Czy chodziło o to, żeby nie używać zwrotu "spokesman"? Żeby nie było seksistowsko? Może ktoś mądry mi to wytłumaczyć? Jeśli jest tak jak myślę, to widzę, że nie zostajemy w tyle w lingwistycznym zaklinaniu rzeczywistości. Pojawia się coraz więcej językowych wygibasów typu "psycholożka", "pilotka" (chodzi o czapkę?), albo "prezeska". Jest tego trochę.
Co na to Miodek, Bralczyk?
Czy jest na sali polonista?
Ktoś mi to wyjaśni?

czwartek, 28 października 2010

Ryszarda C. w biurze poselskim hasanie

Z szaleńca wyrósł, w moich oczach, na bohatera.

Czy jest szaleńcem facet, który rozsądnie zamyka swoje życie? Sprzedaje dom, żegna się z firmą? Pomyśl. Znasz w przybliżeniu datę swojego zejścia. Patrzysz na otaczający Cię shit i myślisz, że nie masz nic do stracenia. Nie czujesz tego w sobie? Tego szczerego wkurwu który eksplodował w Ryśku? Znasz to. Doskonale to znasz. Czy żegnając się ze światem nie przyszedłby Wam do głowy podobny numer? Ot tak. Bo mogę. Bo mam na tyle odwagi. Nieważne który, Niesiołowski, Kaczyński, Tusk, Kurski czy Komorowski.

Chyba rozumiem Ryszarda.

Panowie ze służb, to tylko dywagacje, nie mam kasy na wstawianie nowych futryn :P

Rysiu, może i masz odrobinę nierówno pod bańką.
Dla mnie to było kozackie.

środa, 20 października 2010

Kuchnia.tv

A dokładnie prezenterzy kulinarni.

Przyznaję bez bicia, nałogowo oglądam ten kanał. Lubię wszystko co jest związane z gotowaniem, jedzeniem i jego serwowaniem. Uwielbiam oglądać ludzi, którzy z pasją tworzą posiłki. Uwielbiam jeść. Jeśli ktoś kojarzy skecz z Jedzerem, z filmu "Hi Way", może sobie wyobrazić mnie przy posiłku ;) Niedościgłym mistrzem wśród "jedzerów" jest Miły, ale to zupełnie inna historia.

Nie lubię natomiast udawanego "jedzerstwa", które obserwuję w prawie każdym programie kulinarnym. Pod koniec, prezenter smakuje przyrządzoną przez siebie potrawę. Zazwyczaj w tym miejscu wkrada się fałszywa nuta. Nim rozprowadzi językiem, nim rozdrobni szczękami, nim do kubków smakowych dotrze pełen bukiet, z ich gardła wydobywa się przeciągłe: "Mmmmmmmmm". Odrobinę za wcześnie moi drodzy, sekundę, ułamek sekundy za szybko. Ciężko mi uwierzyć, że nim dobrze zamkniecie usta, powala Was smak stworzonej potrawy ;)

wtorek, 19 października 2010

Walka Torunia o ESK 2016

Następna część story o tym jak dzielnie walczyliśmy o ESK. Historia zasłyszana w kuluarach.

Dawno, dawno temu, w niewielkim miasteczku nad Wisłą, ktoś wpadł na błyskotliwy pomysł walki o tytuł ESK 2016. Burgermeister wyobraził sobie splendor jaki wraz z tym tytułem spłynie na jego dominium. Zawezwał tedy swoich posłańców, by rozjechali się na cztery strony świata, aby wiedzy wszelakiej garściami nabrać, i burmistrzowi swemu plany bitewne nakreślić, nim decyzja ostatecznie zapadnie. Wasz dziejopis podąży za jednym z rycerzy okrągłego stołu, który udał się zasięgnąć języka u mędrca miasta południa, które walkę takową wygrało. W swej łaskawości nobliwy mężczyzna sam zaproponował posłańcowi pogwarkę. Ruszył tedy rycerz, ze swoim woźnicą w długą, a niebezpieczną podróż. Gdy emisariusz dotarł do wyszynku w którym było umówione spotkanie zasiedli do stołu. Nie wiedzieć czemu woźnica zasiadł razem z możnymi, wiedzę tajemną spijając z ust mędrca. Poza wiedzą posłańcy spijali, miody wszelakie, winami węgierskimi się raczyli. Rycerzowi, który nie był wszak ułomkiem, okowita w czub poszła. Z każdym wychylonym kielichem mniej słuchał mędrca, a więcej swe mądrości prawił. Skryby nie piszą, czy woźnica w mądrości rzeczeniu rycerzowi sekundował, dalibóg w spijaniu nie pomagał, co by lejc nie stracić. Mędrzec zadziwiony posłańca zachowaniem taktownie podziękował za poczęstunek, i wyszynk opuścił. Wychodząc pomyślał: "Nie potrzebują oni wiedzy mojej, wszak buta i nieomylność z posłańca tego biją. Jeśli posłaniec tak hardy, cóż rzec można o włodarzu?". Wrócił tedy posłaniec z niczym.

Drogie dzieci, morał z tej opowieści taki. Jeśli ktoś mądrzejszy chce Wam pomóc, to morda w kubeł i słuchajcie, a może dowiecie się czegoś co Wam pomoże w osiągnięciu celu.

poniedziałek, 18 października 2010

In vitro i poboczności

Rozpętała się dyskusja o in vitro. Co bardziej twardogłowi księża stanęli na barykadzie, tupiąc nóżką i pohukując o ekskomunice. Jako że kler to narodek tyleż butny, co dwulicowy pogrzebałem w sieci (co ja bym bez niej zrobił?:)), szukając jak Kościół Katolicki podchodzi do problemu śmierci płodów/nienarodzonych dzieci.

Co się okazało?

Z wielkim zapałem różne "pro life organization", przy aprobacie KK organizują pogrzeby płodów usuniętych na drodze aborcji. Sprawa ma się cokolwiek inaczej, jeśli chodzi o pogrzeb płodu który uległ (to chyba nie najlepsze słowo) naturalnemu poronieniu. Znalazłem sporo wypowiedzi rodziców, którzy mieli z tym problem. Oczywiście najczęściej pogrzebu, zwanego także pokropkiem, odmawiali proboszcze z wiejskich parafii, bądź małych miasteczek. Co bardziej światli, czyli ci którzy widzą ile już owieczek do siebie zrazili, nie czynili wstrętów.

Co mówi o tym Kodeks Prawa Kanonicznego?
Ano pośrednio dopuszcza takowe pogrzeby. Z naciskiem na pośrednio.

Kan. 1183 § 2. Ordynariusz miejsca może zezwolić na pogrzeb kościelny dzieci, których rodzice mieli zamiar je ochrzcić, a jednak zmarły przed chrztem.

Są naprawdę świetni w niedomówieniach. Rozumiem, że pisząc "dzieci", autor miał na myśli także te nienarodzone, ale co to znaczy "może zezwolić"? To samo co "może odmówić"? Pełna dowolność? Czyli poroniony płód/dziecko może, a nie musi być uznane za godne pochówku, natomiast zapłodnienie "w szkle" jest jakimś bezbożnym posunięciem. Niepojęte.

W trakcie poszukiwawczej galopady w sieci natknąłem się na forum wiara.pl.

"Po drugie: dziecko nienarodzone ma już rozum. Nie używa go jeszcze, ale i przez kilka lat po narodzeniu jeszcze go nie wykorzystuje za bardzo. Oczywiście rozum to nie jest mózg. Dodam tylko, że za miejsce "zamieszkania" rozumu przyjąłem w tym momencie mózg. Tak naprawdę nie wiem gdzie "mieszka" rozum i raczej nikt nie wie."


Gdzie jest słonko, kiedy śpi...
Mocne, prawda? Ciekawe gdzie by zamieszkał rozum gdyby nie było mózgu? Podobno faceci myślą przyrodzeniem, więc może tam? :) Stwierdzenie o nieużywaniu rozumu przez dziecko w pierwszych latach życia pozostawię bez komentarza.

"Po trzecie Msza pogrzebowa może być odprawiona, a Kościół nakazuje wręcz grzebać dzieci nieochrzczone"

Nakazuje? Ale gdzie?

Jednym słowem katolicyzm ludowo-obrzędowy w natarciu.


Aha, KK w 1984 roku stwierdził, że dzieci nieochrzczone trafiają do nieba, bo Bóg jest miłością i chce je wszystkie u siebie. Dobre i to.

I z troszeczkę innej beczki.

Minister do spraw równouprawnienia p. Elżbieta Radziszewska wysłała urzędowy list do Episkopatu Polski, szukając rady w sprawie przyszłej ustawy o równouprawnieniu płci. Oto część odpowiedzi ks. dr. Jarosława Mrówczyńskiego:

„Pojawia się wątpliwość, czy istnieje konieczność tworzenia w polskim systemie prawnym regulacji lex generalis w zakresie równego traktowania. Wydaje się, że nie ma takiej potrzeby. Natomiast wyrażona w projekcie ustawy koncepcja standardów w zakresie równego traktowania może okazać się niebezpiecznym otwarciem podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom”


Zwolennikiem parytetów nie jestem, ale to co przeczytałem zamiotło mnie. Za kogo oni się uważają?

czwartek, 14 października 2010

Hi,Hi, Hi, Ha, Ha, Ha, już nie będzie ESKa ;P

Stało się. Mędrcy przemówili.

Miasteczko istniejące w mentalności zbiorowej Polaków tylko dzięki piernikom, UMK, krzyżakom i Rydzykowi (kolejność dowolna), odpadło. Razem z drugim miasteczkiem, którego ambicje bycia ESK były jeszcze bardziej niezrozumiałe niż miasteczka pierwszego. Toruniewo nie przekonało, że może stać się Europejską Stolicą Kultury. Dlaczego? Ano dlatego, że od początku wszyscy brali się do tego jak, pardon my french, jeż do jebania. Dlatego, że powinno się cenić siły na zamiary. Jeżeli odpadła Łódź, która profesjonalizmem i rozmachem kampanii promocyjnej miażdżyła nieudolne toruńskie próby, to nie mamy się czego wstydzić.
Prawda? Gówno prawda.

Podoba mi się ta wypowiedź prezydenta Michała: "Udowodnimy, że Toruń kulturą stoi i z pewnością będziemy realizować program zawarty w aplikacji." Już udowodniliście, gdyby stał to by wygrał. No i po co realizować przegrany program? Bo tak?

Zatem skoro wszystko wróciło do normy, to żądam przywrócenia lokalu "Krzywa Wieża". Nie musicie przywracać do stanu poprzedniego, tak jak teraz, też jest nieźle :P To pierwsze primo. Drugie primo, to podsumowanie ile kasy poszło na ten utopijny projekt. A trzecie primo, czyli tertio, kogo będzie można ukamieniować za tą kilkuletnią szopkę. Bo innych konsekwencji to chyba nie będzie :)

Współczuję lokalnej braci pismaczej. Taki śliczny samograj zdechł. Żarło, żarło i zdechło. A strony zaczerniać trzeba;)

PS - Pampeluna odpadła, Toruń odpadł. Rodzi się nowa świecka (a może jednak religijna?) tradycja. Po przegranej miasta wymieniają się pomnikami :D

czwartek, 30 września 2010

Rada Etyki Mediów oskarża

Agora rzuciła się na newsa, jak młody rekinek na surfera. Nic dziwnego, walka koncernów rządzi się swoimi prawami. Można przeczytać tu, news pojawił się także w koncernowym radio, a także tu, i tu.
Poczytali? Zapłonęli świętym oburzeniem? Jest piana na ustach?
No to niech teraz poczytają sobie tu.
Głupio wyszło, prawda? :P

"Widzę to co widzę i w ogóle się nie wstydzę,
niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi..."
K.S.