czwartek, 20 stycznia 2011

Słowo się rzekło, kobyła u płotu

Straszne rzeczy się dzieją. Zwichrowani psychicznie kolesie mordują ludzi, gwałcą nastolatki, wsie stoją pod wodą, a rządzą nami zdrajcy i ruscy agenci.
Furda.
Są ważniejsze, a przede wszystkim przyjemniejsze rzeczy :D
Pisano o nim w 1608 roku: „... siła psia znaczy się grzbietem, który ma być kształtny, kościsty, pieczeniasty i długi. Pod takim grzbietem noga żyłowata (bo siłę psią nie do zapasów tu kładziemy, ale do biegu, nie jako frezowi, ale jako zawodnikowi). Stopa ma być podługowata, bo pies z krótką stopą każdy się poodbija, co wada wielka, i nic mu po wszystkiem. Cuch zasię znaczy się nosem a trąbą, bo nosem wiatru nabiera, a trąba go mózgowi podaje. Stąd że nos ma być wielki, nozdrza przestronna, wilgotna, a pospolicie dobry leżąc rad nosem rucha, jakoby wąchając wszystko. Trąba zasię ma być niezagarlona, między oczami przestronna, długa.”
( Jan hr. Ostroróg - „Myślistwo z ogary” )
Za młodu wyglądają ślicznie, jak wszystkie szczeniaki, poniżej przykład:


źródło: http://www.polskiogar.com/

Szczególną uwagę zwracam na mistrza drugiego planu, indywiduum z przy lewej krawędzi kadru :)
Mniejsza z tym jak za młodu. Ważne,że niedługo spełnimy długo spychane na drugi plan pragnienie posiadania psa. Nie jakiegokolwiek. Takiego właśnie. Z taką historią, i tak wyglądającego. Długo można by mówić. Z wielką radością zostawiam tu ślad podjęcia nieodwracalnych kroków w celu przyjęcia do stadła ogara polskiego.
Przybliżony czas przybycia długouchego zawodnika: koniec lata/wczesna jesień.
Mam cichą nadzieję, że to początek pięknej sfory ;)

wtorek, 28 grudnia 2010

Akcja charytatywna

Gdzie nie spojrzę widzę dobrych ludzi którzy chcą komuś pomóc. Kup butelkę wody, a pomożesz zbudować studnie dla potrzebujących. Pieniądze zebrane na tym balu zostaną przekazane głodującym dzieciom. Kupno tej świeczki wspomoże nasze dzieło pomocy ubogim. Oni wszyscy angażują swój czas i umiejętności, żeby uczynić świat choć odrobinę lepszym. Skoro tyle robią, czy ja mogę być gorszy? Przecież nie żądają ode mnie wiele. Kilka złotych zaledwie, myślimy. I co robimy? Chwytamy za portfel, aby poprawić swoje samopoczucie. Poczuć się lepszymi. Wsłuchanymi w głos cierpiących. Bardzo dobrze. Znaczy się uczuciowość wyższa jest. Niestety mało kto zadaje sobie pytanie na które i tak, niczym od rzecznika korporacji, nie otrzyma wyczerpującej odpowiedzi. Jaki procent z tych pieniędzy trafi do potrzebujących? W znakomitej większości przypadków uczciwą odpowiedzią będzie... ułamek.
Wyśmienity przykład to szeroko rozumiana pomoc humanitarna. Znajomy pracujący na placówkach, w krajach Trzeciego Świata opowiadał jak to wygląda od środka. 80% środków finansowych przekazywanych przez donatorów ostatecznie trafia do centrali. Gdziekolwiek by się nie mieściła, w Anglii, Francji czy Czechach. Przecież trzeba z czegoś wypłacić pensje pracownikom, utrzymać biuro zapewnić łączność, etc. Salę na bal charytatywny opłacić, a stearyny na świece też nie da nikt za darmo. Sposób w jaki wydawane są pieniądze, bez względu na to czy jest to Afganistan, czy Sudan, to temat na inne rozległe opowiadanie. Trzeba Wam wiedzieć, że charytatywność to doskonały i wielce dochodowy interes. Sprzedawanie dobrego samopoczucia? Bezcenne. Czy nie lepiej zatem zrobić tak jak niektórzy spośród nas? Pójść do MOPS, czy MOPR, spytać o namiary i potrzeby. Dokonać rozeznania poprzez rozpytanie, tak by pewnie powiedział policjant :) Kupić karton, wypełnić go wszelakimi dobrami i zanieść/wysłać potrzebującym. Będziesz mieć pewność co się stało z Twoimi pieniędzmi ;) Na pohybel pośrednikom.

Oczywiście jest kilka organizacji, które nie pompują kosztów i kierują się ideami, ale głupi nie jesteście i wiecie, że są w znakomitej mniejszości.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Poczuj magię tych świąt

Żule, którzy wykorzystują ten czas, licząc na hojność zabieganych ludzi. Wychodzenie z supermarketu o 22-iej, bo przecież tyrasz jak wół, i nie masz czasu wcześniej zrobić zakupów. Rokroczne wykłócanie się z rodziną, co będziesz robić w święta, bo nie potrafią zrozumieć, że to jedyna chwila, kiedy masz czas tylko i wyłącznie dla siebie. Do tego choróbsko, które rozkłada na cały okres świąt.
Choinka, owszem... zapachowa :P

niedziela, 19 grudnia 2010

Brylantowe gody

Nie pamiętam gdzie znalazłem. W gruncie rzeczy przerażające. Do przemyślenia

środa, 15 grudnia 2010

Dlaczego właśnie świąteczny karp ?

Jak co roku w mediach pojawiają się wstrząsające relacje z handlu karpiami. A to, że ociekają krwią, a to, że się duszą. Skandal, szok, i horror :)
A ja karpia nie kupuję, bo nie lubię. Jest tyle pysznych ryb, które można jeść, a Polacy, z oślim uporem kupują na Wigilię karpia. Chińczycy setki lat temu hodowali karpie jako rybę ozdobną. Był okres, kiedy jeden z cesarzy zakazał konsumpcji karpia (mądrzy ludzie ci Chińczycy). Karp to ryba, którą duża część ludzi uważa za niejadalną.
W dawnej Polsce na wigilijnym stole zawsze gościły ryby. Stały się one pewnego rodzaju synonimem luksusu. Jadano wtedy: łososie, jesiotry, sumy, węgorze, szczupaki, karasie i inne. Na stołach uboższych rodzin królował solony śledź.
Dlaczego zatem, raz do roku, kupujemy na tony tę tłustą, ościstą, i pachnącą mułem rybę? Powód jest taki sam, jak w przypadku wielu innych polskich przywar, takich jak np. tumiwisizm. KOMUNA. Hołdujemy tradycji rodem z komuny. Z czasów, kiedy to bieda aż piszczała, inne ryby były mało dostępne, a ludziom trzeba było dać coś na stół. Rybne gospodarstwa, czy jak to tam komuniści nazywali, produkowały na potęgę karpie, które lądowały na polskich stołach. Nie jestem ichtiologiem, ale przypuszczam, że rybka była mało wymagająca, więc łatwa w hodowli. Stąd staliśmy się jednym z niewielu narodów, który zajada się rybą ozdobną.
Mam znajomego, który wędkuje. Poluje tylko na karpie, bo to jedna z większych ryb jaką można złapać w Polsce. Robi to dla sportu, dla walki z rybą, dla emocji. A potem ją wypuszcza. Broń Boże nie je. I chyba tylko do tego karp się nadaje.